Projekt własnego NASa na oprogramowaniu XPEnology się na tyle przyjął, że z wersji „tak na testy” zmieniam status „na stałe”. Do tej pory za bazę sprzętową służył jednordzeniowy procesor AMD LE-1620, 1 GB RAM i dwa dyski 80GB i 250GB. Pracowało to stabilnie i cicho, ale nie pokusił bym się na to aby na stałe przechowywać tam jakieś dane ze względu na brak choćby RAID’a. Czas więc na zmiany.
Kilka lat temu zrobiłem dla benchmark.pl mini recenzję sieciowego playera NMP-1000 firmy Qnap. Urządzenie łączyło w sobie kilka funkcji w tym bardzo prostego NAS’a. O ile jednak do udostępniania zasobów sieciowych jego funkcjonalność wystarczała, to z wydajnością i intuicyjnością nie miało to nic wspólnego. Jakiś czas później w moje ręce trafił NAS, ale firmy Synology i swoją intuicyjnością i mnogością funkcji po prostu mnie zachwycił. Z ceną było już gorzej.
Wyjazdy na szkolenia, konwenty, prezentacje, mają swoją część merytoryczną (lub inaczej oficjalną) oraz część mniej merytoryczną, ale nie mniej ważną (lub inaczej integracyjną). Podczas ostatniego Dolnośląskiego Konwentu Informatyków, podczas wieczornej części spotkania, zaserwowano nam kilka atrakcji, a jedną z nich była możliwość odczucia na własnej skórze jak działa Oculus Rift w wersji DK2.
Czasami się zastanawiam ile z oprogramowania komercyjnego i specjalistycznego, zostało napisane przez programistycznych amatorów. I nie chodzi mi o amatorów w sensie zapaleńców, programistycznych cudotwórców, co to nie przechodząc kursów, ani nie kończąc studiów potrafią kodować cuda. Tu chodzi o tych, co to niby coś potrafią, ale z myśleniem jest im nie po drodze. Oczywiście jest to ciąg dalszy przygód z oprogramowaniem, do którego musiałem się „włamać” o czym pisałem tutaj.
Admin ma wiele problemów na głowie. Trzeba dbać o bezpieczeństwo, sprawność infrastruktury, pomagać userom (w granicach rozsądku) i wdrażać nowe rozwiązania. A co zrobić jak trzeba w starym i zapomnianych rozwiązaniach coś zmienić, aby dało się z nich korzystać? Można zwalić winę na brak dokumentacji i olać całą sprawę, można zamknąć sprawę stwierdzeniem, że coś jest tak stare, że nie da się obecnie z tego korzystać, można też podwinąć rękawy i zacząć rozbierać na czynniki pierwsze celem nauczenia się czegoś, co nigdy więcej nam nie będzie potrzebne do szczęścia.
Był taki okres gdy procesory miały trochę ponad 100MHz, RAM liczyło się w MB, a karta graficzna nie wymagała osobnego reaktora jądrowego do działania. Z takich czasów pochodzi znaleziony na strychu komputer, który nie dość że działa to jeszcze okazuje się że pamiętam jak się nim posługiwać.
Przyszedł nowy rok i nie licząc serii o awariach (ostatnio XXX wpis) jakoś tak wyszło, że robiąc porządki trafiłem na kilka ciekawych (przynajmniej dla mnie) rzeczy. Inauguracyjnie więc zacznę od karty graficznej firmy ASUS o oznaczeniu V6600.
Zastanawiałem się czy jubileuszowa, XXX część awarii na moim blogu, nie powinna być jakaś specjalna, albo czy opisywana awaria nie winna być czymś na miarę awarii w Czarnobylu. Może i powinna, ale nie będzie. O ile pamiętam to przed tym wpisem było kilka różnych awarii, jednak albo podobne już się tutaj pojawiały, albo były bardziej mikro awariami.