1 września czyli rozmyślania na temat informatyki nauczania

Kolejny, nowy rok szkolny i znowu zaczyna się cały młyn związany z wypuszczeniem do szkoły dziecka. Sam fakt, że na książki i ćwiczenia trzeba było wydać tyle ile kosztuje niezłej klasy tablet, skłania człowieka do refleksji. Czy my żyjemy w XXI czy w XIX wieku?

Ten rok też może być ciekawy z powodu przedmiotu jakim jest „informatyka”. Zostałem poinformowany, że nauczycielka tego przedmiotu jest bardzo restrykcyjna i nie uznaje odstępstw w wykonywaniu zadań. Hmmm ciekawe bo ja już na wstępie mam pewne zastrzeżenia odnośnie materiałów dydaktycznych. Dzieci razem z podręcznikiem otrzymują „pendrajwa”, na którym są ćwiczenia. No tak, tylko że wszystko jest tak zrobione aby działało tylko pod Windowsem, a zadania są zapisane w Wordzie. Musiał bym (już po raz kolejny) wyzwierzęcać się nad tym jak to nasz system nauczania uczy szablonów (bo tak jest), ale tym razem po prostu będę bacznie obserwował rozwój wydarzeń. Zobaczę np. jak Pani zareaguje na wykonane zadanie zapisane w pliku odt. Przeczytałem kilka zadań i tam stoi jak byk, że można pisać w dowolnym edytorze tekstu, a że na laptopie mojej córki jest LibreOffice, to wiadomo co zostanie załączone.
Na chwilę wrócę jednak to tego napędu na USB. Zastanawiam się jaka jest jego żywotność, bo skoro dzieci będą zadania robić w domu i uruchamiać w szkole to moim zdaniem będzie cud jak przetrwa 2 semestry. Kawał polega na tym, że podręcznik i „pendrajw” są na trzy lata. Qrcze ten napęd tego nie przetrwa. Coś jeszcze może nie przetrwać próby czasu. Informacje tam zawarte. Przecież w tak dynamicznym świecie informacji, wszystko się zmienia i pewne dane nam zawarte mogą ulec przedawnieniu. W jaki sposób wydawca zamierza to nadrobić? Może wyda aktualizację?
Wróćmy na chwilę do książek i ćwiczeń. Wydawcy ciągle trzymają się wersji papierowych, bo to dla nich najlepszy interes. Książki co roku nowe, bo przecież zaktualizowane. Ćwiczenia też, bo nie można wymazać zapisanych tam rzeczy. A gdyby tak szkoła i nauczyciele i rodzice zaakceptowali fakt istnienia takich wynalazków jak tablet czy czytnik ebooków. Koszt takiego urządzenia to powiedzmy 500 zł, czyli tyle ile minimalnie wydaje się na wyprawkę.  Oczywiście firmy zrobiły by oferty specjalne gdzie ten koszt można by podzielić przez dwa. Dostęp do kaiążek odbywał by się na zasadzie abonamentu, a czy urządzeniem byłby tablet, czytnik ebooków czy klasyczny komputer nie miało by znaczenia.
W tym kontekście obrazek na górze trzeba by zmienić i to dzieci, które przecież intuicyjnie potrafią posługiwać się sprzętem elektronicznym, powinny kształtować umysły nauczycieli. Bo dzieci widząc i mając dostęp do treści dostępnych na tabletach po prostu się nudzą widząc mało ciekawą książkę, w której nic się nie porusza, nic do nich nie mówi, z niczym nie można pograć.