Granice obiektywizmu, czyli subiektywnie o filmie „Man of steel”

Aby wszystko było jasne: nie jestem fanem i nigdy nie byłem fanem Supermena. W zasadzie nie byłem fanem żadnego superbohatera, których ekranizacje pokazywane są obecnie w kinach. Oczywiście oglądałem bajki (te straszne starsze i te dobre nowsze) oraz widziałem jeden odcinek starego Supermena. Była to część druga dotycząca właśnie generała Zoda, a widziałem ją jak byłem chyba w szkole podstawowej i nigdy potem. Tyle tytułem przydługawego wstępu.
Jak już pisałem, strasznie się bałem że ten film, podobnie jak kilka poprzednich jakie widziałem (Prometeusz, Hobbit, Piraci 3D), zostanie sknocony. Bałem się ponieważ chciałem w końcu zobaczyć film, który będę chciał oglądnąć przynajmniej kilka razy. No i …. tak, "Man of steel" jest takim filmem. Zanim przejdę do "ale" chcę napisać, że film podobał mi się w sensie koncepcji, pomysłu, realizacji, niektóre sceny były wciskające w fotel, a niektóre super śmieszne. Bardzo mi się podobało to, że Klark dorasta i odkrywa w sobie swoje moce i odpowiedzialność z ich używania. Realizacja akcji na Kryptonie była bardzo udana, a walki na ziemi porywające. Co mi przeszkadzało w filmie? Może zakończenie powinno być inne, może niektóre sceny wydawały się płytkie. Mógłbym się czepiać szczegółów, ale tylko po po obejrzeniu recenzji "krytyków", którzy nie pozostawili na filmie suchej nitki. Wytyki od trzęsącej się kamery (rzeczywiście w początkowych scenach może denerwować), aż zarzuty że ten Supermen jest mało Supermenowaty bo podejmuje złe decyzje. Oczywiście lista jest długa i nie zamierzam jej przytaczać. W moim odczuciu problem leży gdzie indziej. Supermen jest bardzo silną historią, którą bardzo dużo osób zna, więc podanie tej historii w inny sposób uważane jest za profanację. Dodatkowo oceniający chyba zabrnęli za daleko w rozbieraniu filmu na części i ocenianiu tego czy ojciec Supermena (ten prawdziwy) powinien latać na tym czym latał czy mieć pojazd na wzór samolotu czy raczej coś bardziej podobnego do motoru bez kół. Qrcze czy to ważne? Wiem jednak czemu tak piszą. Po prostu w filmie (w sensie jakikolwiek) dopatrują się nawiązań do innych filmów, książek lub gier. Wiem bo oglądając "Man of steel" nie raz komentowałem do Krisa siedzącego obok podając tytuł filmu gdzie użyto tej sceny. No ale czy to źle? Albo inaczej. Jeśli grałeś w Mass Effect 3 to scena lądowania statku Generała Zoda skojarzyć się może z lądowaniem Żniwiarzy. Może ale nie musi. Scena ataku na statek przez myśliwce może się skojarzyć z atakiem myśliwców z "Dnia niepodległości". Znowu: może ale nie musi. No i to całe narzekanie na wszelkie decyzje, grę aktorską postaci, przeskoki akcji, retrospekcje. Mnie się podobało to w jaki sposób pokazane są sceny z młodości gdzie moce na serio mieszały w głowie młodemu Kentowi. Niektórzy narzekali na mało wyrazistą Lois Lane, inni zaś piali z zachwytu nad nią.
Czy da się więc jakiś film ocenić obiektywnie. Jakiś pewnie tak ("The Room"), ale ten będzie tylko oceniany w kategorii: jak wielkim fanem jesteś w odniesieniu do komiksowo/animowanej wersji. Albo raczej: za jak wielkiego fana się uważasz.
Ja jednak już to raz widziałem, w odniesieniu do innego filmu, mianowicie do pierwszej części "Transformers". Wielu krytyków (czyt. oddanych fanów i fanatyków oryginalnej serii bajek) uważało film za profanację. A mi, jak i wielu widzom, film się po prostu podobał. Nie twierdze że film jest idealny, ale bardzo dobrze się go ogląda nie tylko za pierwszym razem. O jakości kolejnych części wolę jednak milczeć.
I to jest dla mnie wyznacznik dobrego filmu: czy chcę go obejrzeć po raz kolejny? "Man of steel" na pewno jest w tej kategorii.