Guardians of the Galaxy – ból, łzy i gryzienie fotela … ze śmiechu

Gdy pierwszy raz usłyszałem, że ma powstać jakiś film z szopem, który kumpluje się drzewem i mają ocalić galaktykę, to mijałem wszelkie informacje o tej produkcji. Do czasu aż zobaczyłem trailer. A ten po prostu kupił mnie humorem, postaciami, lokacjami i oczywiście muzyką. Nie zdradzał za wiele fabuły i o to chodziło.

Tak więc w dniu premiery udało się zgrać ekipę i wybrać do kina. Już w poczekalni było widać, że na film idą fani albo świata Marvela, albo fani komiksu z tego uniwersum. Nie czytuję już od dawna komiksów, a tych ze świata Marvela i DC w zasadzie popełniłem dosłownie kilka, więc na film szedłem z otwartym umysłem, nie zaśmieconym żadnymi ideałami czy wyobrażeniami. I to był strzał w dziesiątkę. Całkiem nieźle bawiłem się na filmie „Na skraju jutra”, ale ten film powodował salwę śmiechu za salwą. i e względu na publikę śmiali się wszyscy, bez wyjątku. No to w końcu czy to był film o superbohaterach ratujących galaktykę czy komedia? Na szczęście i jedno i drugie, z czego (nie licząc mocy Groot’a) postacie nie miały wysuwanych pazurów, nie pluły kwasem, nie strzelały laserami z gałek ocznych. Mamy jednego złodziejaszka z dość przerośniętym ego, jednego mięśniaka z chęcią zemsty, panią zabójczynię, gadającego szopa lubującego się w giwerach i wspomnianego Groot’a, co to nie myśli  za dużo (mówi jeszcze mniej), ale potrafi przy …. znaczy silny jest. I ta banda nieudaczników w przedziwny sposób trafia na siebie, ładuje się w co raz większe kłopoty, wychodzi z nich cało ładując się w jeszcze większe, aby na końcu uratować …. no może nie będę spoilował.

Komu polecić ten film? W zasadzie każdemu, kto podejdzie na luzie do tematyki S-F, komiksów i superbohaterów. To jeden z tych filmów co na 100% będę chciał pooglądać jeszcze nie jeden raz. A ekipie od tej produkcji należą się wielkie brawa, bo taki temat można było bardzo łatwo spartolić, czego udało im się udało uniknąć.